Czytasz, czytasz i… odkładasz na lepszy czas. Nic dziwnego, pisma urzędowe bywają tak trudne, że mało kto jest w stanie dotrwać do ostatniej kropki. Na szczęście sytuacja się zmienia. Coraz więcej instytucji rozumie, że przystępna komunikacja się opłaca. O to, dlaczego jest taka ważna, zapytaliśmy Barbarę Toczyską, specjalistkę od upraszczania z Urzędu Transportu Kolejowego (UTK). Gratulujemy Ci świetnej pracy dyplomowej z prostego języka! Wiemy, że włożyłaś w nią naprawdę dużo serca. Czym kier

Użyteczność. To nie była praca teoretyczna. Kiedy zastanawiałam się nad tematem pracy dyplomowej, chciałam zrobić coś pożytecznego. Miałam kilka pomysłów. Ostatecznie padło na zmianę instrukcji BHP w czasie pracy zdalnej. Ale chodziło mi przede wszystkim o przekonanie innych, że instrukcja musi być tekstem, który zrozumie każdy – nawet jeśli nie jest prawnikiem. Mówiłam o tym także w czasie mojego wystąpienia na konferencji, która kończyła studia podyplomowe na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

„Jeśli chcemy, by ktoś postępował zgodnie z tym, co zapiszemy w instrukcji, musi ją zrozumieć. Zazwyczaj szybko, bez analizy i zastanawiania się, co autor miał na myśli”.

To niby oczywiste, ale w życiu bywa różnie. Instrukcje są często tak trudne, że rezygnujemy z czytania już po pierwszym zdaniu. Jak wyglądała Twoja praca nad tym dokumentem?

Po pierwsze musiałam tę oryginalną instrukcję zrozumieć. Prosty język to nie jest przecież upraszczanie merytoryki. Nie chciałam – i nie mogłam – zgubić ważnych treści. Później analizowałam każde zdanie i pisałam je od nowa. Oryginalna instrukcja miała formę bezosobową. Pracownik musiał „użytkować”, „zapewnić”, „wyłączyć”. Był to zatem tekst tylko pozornie skierowany do kogoś. Nie ujawniał się w nim nadawca. Nie mieliśmy też informacji o odbiorcy – poza zaznaczeniem w pierwszym zdaniu, że „instrukcja określa zasady bezpieczeństwa i higieny pracy oraz ergonomii, jakie powinien spełnić pracownik podczas wykonywania pracy zdalnej”.

A przecież jedną z zasad prostego języka jest pisanie do kogoś…

No właśnie. Dlatego po analizie dokumentu zaproponowałam wersję, która jest rewolucją. Zmiany były głębokie. Nie dotyczyły jedynie usunięcia z tekstu urzędyzmów. Nie wystarczyło mi skrócenie zdań i usunięcie przepisów z głównego tekstu. Największą zmianą było wprowadzenie odbiorcy – pracownika, który powinien zapoznać się z instrukcją BHP, by wygodnie i bezpiecznie pracować. Pokazałam relację nadawca – odbiorca, a więc pracodawca – pracownik. Ten pierwszy ma obowiązek zapewnić bezpieczne warunki pracy. Jeśli nie może tego zrobić bezpośrednio (bo praca zdalna wiąże się z pracą poza siedzibą pracodawcy), powinien zadbać, by pracownik potrafił sam takie warunki stworzyć w wybranym przez siebie miejscu. Jeśli instrukcja ma spełniać swoją funkcję, nie może pominąć tej relacji. Przyjęłam założenie, że instrukcja jest narzędziem w rękach człowieka (w tym wypadku pracownika UTK). Ma pomóc bezpiecznie i wygodnie pracować poza biurem. Pracownik musi zatem odnaleźć w niej siebie. Poczuć, że treść jest skierowana właśnie do niego.

Instrukcja powinna być zrozumiała dla odbiorcy, żeby mógł się do niej zastosować – to jasne. A dlaczego powinniśmy upraszczać inne dokumenty w administracji?

Z wielu powodów. Dla mnie najważniejsza jest szybkość odbioru. Dokumenty, które są porządnie zredagowane wizualnie i językowo, nie wymagają wnikliwej, długiej analizy. Wiele z nich odczytujemy w biegu, w smartfonie. W taki sposób czytamy umowy, regulaminy i formularze.

„Potrzebujemy zatem tekstów, które są napisane zgodnie ze standardami prostego języka. Zrozumiałych dla wszystkich, bez względu na wykształcenie”.

Prosty język to Twoim zdaniem staranna, poprawna polszczyzna?

Tak. W przeciwieństwie do pokracznego języka urzędowego, który powstał w czasach, kiedy urzędnik chciał zbudować swój autorytet na niedostępności. Stworzyć mur między instytucją a obywatelem. Tymczasem już kilka wieków temu powstawały poradniki, które nawoływały do pisania w sposób jasny i nieskomplikowany. W którymś momencie skręciliśmy w niewłaściwą drogę.

No tak. Jednak nie wszyscy czują potrzebę zmian. Czy spotkałaś się z oporem ze strony współpracowników, gdy zaczęłaś mówić o prostym języku?

Oczywiście! Ale nikomu nie mam tego za złe. Sama pamiętam moment, kiedy musiałam nauczyć się wyrównywać teksty do lewej strony. Przestawić się na czcionkę bezszeryfową. A nawet zacząć ignorować wiszące znaki! Jakie to było trudne! Siła przyzwyczajenia jest okropna. Dlatego zupełnie nie dziwiły mnie głosy typu „kiedy w końcu skończymy z tym eksperymentem?”.

„Wierzę, że w końcu wszyscy przekonają się, że prosty język to nic złego. To z jednej strony powrót do źródeł – do poprawnego, jasnego pisania – a z drugiej konieczność”.

Od maja prowadzimy w UTK szkolenia ze skutecznej komunikacji, na których przekonujemy, że prosty język jest dla ludzi wykształconych. Nie jest prostacki. Jest użyteczny! Łączymy go też z dostępnością – dzięki zasadom, które dotyczą komponowania struktury tekstu w prostym języku, z dokumentami mogą zapoznać się osoby ze szczególnymi potrzebami.

Masz również doświadczenie z pracy w ministerstwie, byłaś liderką prostego języka. Co było wtedy dla Ciebie największym wyzwaniem?

Chyba czas. Zawsze są ważniejsze sprawy. A wprowadzanie prostego języka w urzędzie wymaga dużo wysiłku i czasu. W UTK te działania trwały już kilka lat przed tym, jak rozpoczęłam tu pracę. Ale półtora roku temu nabrały one tempa, a ja mogłam włączyć się w cały proces. Cieszę się, że spotkałam się tu z tak dużą otwartością na ten trend.

Jak studia z prostego języka wpłynęły na Twoje codzienne podejście do komunikacji?

Przede wszystkim dodały mi pewności siebie i kolejnych argumentów w przekonywaniu tych, którzy przekonani jeszcze nie są. Zebrałam sporo pomysłów i inspiracji do szkoleń. Zobaczyłam różne punkty widzenia i poznałam wiele wspaniałych osób, które były na różnych etapach wprowadzania prostego języka w swoich instytucjach.

Studia nie były dla mnie rewolucją w myśleniu o komunikacji – do tej pory pamiętam dzień, kiedy musiałam napisać pismo „po urzędowemu”. Mnie to niemal fizycznie zabolało! Jestem z wykształcenia dziennikarzem. Komunikacja z ludźmi w sposób, który jest demokratyczny i zrozumiały, była we mnie od zawsze. Trudny był dla mnie ten czas (na szczęście nie tak długi), kiedy musiałam się przemóc i pisać inaczej.

Masz więc kompetencje i pierwsze sukcesy w upraszczaniu komunikacji. Co poradziłabyś osobom, które są na początku tej drogi i dopiero myślą o zmianie języka w swoich instytucjach?

Przygotujcie kilka tekstów w prostym języku i idźcie z tym wyżej. Pokażcie różnice. Argumentem, który może pomóc, jest to, że w tej chwili prosty język rozgościł się w komunikacji oficjalnej na dobre. Upraszcza Służba Cywilna, czyli urzędy. Ale robią to też samorządy i instytucje, które świadczą różne usługi (np. banki). Nie można zostawać w tyle i być wytykanym palcami za bufonowatość.

„Polecam narzędzia, które pomagają upraszczać teksty – można sprawdzić, czy nasz materiał jest rzeczywiście dobry”.

Warto się też szkolić, bo to pomaga sprawdzić, czy jesteśmy na dobrej drodze. Nie mówię tu tylko o studiach podyplomowych, ale też o różnych krótszych formach szkoleniowych. Polecam też rozmowy z innymi prostownikami i prostownicami. Jest nas coraz więcej!

Dziękujemy za rozmowę!
Prosto i kropka

zdjecie

Barbara Toczyska

Z wykształcenia dziennikarz – tytuł magistra zdobyła na Uniwersytecie Warszawskim. Pracowała w stacjach radiowych m.in. jako wydawca i prowadzący. Od 2010 r. w służbie cywilnej – zawsze w zespołach, które zajmują się komunikacją i promocją. Zdobyła certyfikat ekspertki językowej na Uniwersytecie Wrocławskim i ukończyła studia podyplomowe „Prosty język w instytucjach publicznych” na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Prostym językiem zajmuje się od zawsze, oficjalnie – od 2016 roku.